Skip to content

Seul w trzy dni

Na przedłużoną polską majówkę wybrałam się do Seulu. Był to jeden z najlepszych moich wyjazdów – odkryłam w sobie koreański pierwiastek. Myślę, że w poprzednim wcieleniu musiałam być właśnie Koreanką.

Podróż

Podróż na trasie Warszawa – Frankfurt – Seul – Frankfurt – Warszawa przebiegła sprawnie. Zresztą jak zawsze z Lufthansą, a jeśli dołożyć do tego miejsce na górnym pokładzie mojego ulubionego Airbusa A380… nic tylko latać!

Noclegi i komunikacja

seul-biety-brel-napisAtrakcyjna promocja pozwoliła mi zatrzymać się w Hotelu Pacific. Hotel znajduje się w bardzo dobrej lokalizacji. Po pierwsze – tuż przy stacji metra Myeongdong, a po drugie – zaledwie kwadrans (no, może 20 minut, bo trzeba się wspinać) piechotą od wieży obserwacyjnej N Seoul Tower na górze Namsan. Z ciekawostek dodam, że w hotelu dostępne było centrum fitness, ale moje miłe panie – uwaga! – dostępne jedynie dla mężczyzn.

Dojazd taksówką z lotniska Icheon zajął około godzinę i niestety nie była to najtańsza opcja. Drogę powrotną pokonałam metrem, a następnie specjalnym szybkim pociągiem AREX (Airport Railroad Express) dojeżdżającym pod samo lotnisko

Trzeba przyznać, że Seul jest bardzo dobrze skomunikowany, choć przejazdy metrem do tanich nie należą. Warto zainwestować w kartę prepaid T-money, którą doładowujemy np. w automatach na stacji metra. Kartą tą można płacić nie tylko za metro i autobusy, ale również za taksówki, a nawet za towary w niektórych sklepach. Wyjeżdżając z kraju można ją zwrócić i dostać zwrot kaucji, choć jest ona niewielka. Ja za swoją kartę zapłaciłam trochę więcej, ale dzięki temu mój bilet nie był jedynie samą kartą. Mój bilet był w kształcie breloczka z uroczym polarnym misiem! (no cóż, nie mogłam sobie odmówić tej dziewczyńskiej przyjemności).

Zwiedzanie

Wyjazd był krótki, więc udało mi się zobaczyć jedynie większość głównych atrakcji turystycznych. Mniej turystyczne miejsca na pewno odwiedzę następnym razem.

Warto wyróżnić pałace dynastii Joseon, w kompleksie obok siebie jest ich pięć. Za najcenniejszy uchodzi pałac Changdeokgung, który jest wpisany na  Światową Listę Dziedzictwa UNESCO. Najstarszy jest Gyeongbokgung, pozostałe to Changgyeonggung, Gyeonghuigung oraz Deoksugung. Pałace otoczone są pięknym parkiem. Można tam wypocząć i rozkoszować się orientalną architekturą. Na głównym placu przed kompleksem znajduje się kasa (można płacić kartą). W weekendy tłumy są dość spore, ale wszyscy ustawiają się w ładną kolejkę i zakup biletów przebiega bardzo sprawnie. Ku mojej uciesze wiele Koreanek przemieszczało się po kompleksie w tradycyjnych koreańskich strojach – Hanbok. Na tle świątyń wyglądało to niezwykle uroczo, szczególnie interesująco prezentowały się dopasowane do tradycyjnego stroju… sportowe buty.

MG_6599-1-1024x683

Dość nietypowym elementem Seulu jest mieszcząca się w samym jego sercu wioska Bukchon Hanok. Jest to odrestaurowana zabudowa sprzed ponad 600 lat. W wielu domach można zjeść tradycyjny posiłek, a w różnych zakamarkach poukrywane są tradycyjne herbaciarnie. Nie jest to jednak skansen, normalnie mieszkają tam ludzie.

Pięknym miejscem jest Jogyesa, czyli klasztor szkoły największego koreańskiego zakonu chogye. Całość otulona jest papierowymi, kolorowymi lampionami, tworząc razem niesamowite wrażenie.

MG_6816-1024x683Bardzo przyjemnie można spędzić czas spacerując Cheonggyecheonem. Jest to 3,5 kilometrowa promenada nad niedużą rzeką i cieszy się sporą popularnością wśród mieszkańców i turystów. Oddana została do użytku w 2015 r., po znacznej rewitalizacji. W latach 70. w czasach dynamicznego rozwoju miasta, zbudowano nad strumieniem 12-pasmową autostradę. Obecnie nad potokiem jest sporo zieleni, kaczek, odbywają się tu też koncerty oraz pokazy sztuki ulicznej.

Poza tym odwiedziłam jeszcze Muzeum Narodowe Korei oraz Muzeum Wojny Koreańskiej. Stamtąd zrobiłam dość spory spacer na drugą stronę rzeki Han-gang. Brzeg klimatem przypominał warszawskie plaże nad Wisłą, od praskiej strony, połączone z uprawianym parawaningiem w Kołobrzegu. Koreańczycy odpoczywali na trawie, grillowali, tańczyli, śpiewali, a część z nich rozbiła nawet namioty (prawdopodobnie chroniące od słońca).

seoul

Wieczorem nie omieszkałam wybrać się na zakupy na Myeongdong. Jest to ulica handlowa ze sklepikami i różnymi butikami. Przeważają tu wyroby lokalne, do czego jeszcze wrócę pod koniec tego postu. Wspięłam się również na N Seoul Tower, porą wieczorną. Być może to z powodu weekendu, ale trzeba uzbroić się w cierpliwość. Najpierw stałam 20 minut w kolejce do kolejki linowej wjeżdżającej na Namsan, a już na górze około 40 minut w kolejce do windy jadącej na wieżę (przy kasie biletowej wystawiane są tabliczki z czasem oczekiwania w tej kolejce). Oczekując na wjazd wiele osób spożywa popcorn (Koreańczycy chodzą tam na randki), jak w kinie.

Jedzenie

Bardzo popularne jest uliczne jedzenie. Pełno wózków, budek i straganów z ciepłymi przekąskami. Od ośmiornic w panierce, po placki nadziewane słodkim syropem z cynamonem. Większość oferowanych potraw była smażona na głębokim tłuszczu. W przeciwieństwie do Japonii – tutaj można chodzić i jeść jednocześnie. Tak jak wspomniałam, mało jest zachodnich fastfoodów, choć istnieje wiele wzorowanych na europejskim jedzeniu sieciówek, szczególnie mam na myśli lokale typu Starbucks czy Costa. W Seulu króluje Hollys Coffee oraz Tom N Toms Coffee. Oferują kawy, napoje i desery w zachodnim stylu, jednak dopasowane do gustów koreańskich, smakują inaczej. Na przykład ciasta nie są tak słodkie jak te europejskie. Zdarzyło mi się też pić dość ciekawy shake ze słodkich ziemniaków czy matchy. U nas są to raczej niezbyt popularne smaki.

seul przekaski

Najpopularniejsze sklepy spożywcze to 7-eleven oraz GS25. Można tam kupić wszystkie produkty pierwszej potrzeby oraz gotowe dania do podgrzania w mikrofalówce, która jest zresztą dostępna w sklepie.

A poza tym w Korei królują ryby, owoce morza i mięsa (w tym podroby). Dość duże wrażenie zrobił na mnie targ rybny Noryangjin. Nigdy nie widziałam takich dziwacznych morskich stworów. Samo dotarcie do targu sprawiło mi jednak nieco kłopotu – trzeba było zejść do niego z dziwnej i zawiłej kładki nad torami, a sama okolica wydawała się niezbyt przyjemna. Trzeba być również przygotowanym na rybny odór, ale od czego są dostępne w każdym sklepie maseczki?

Seul tard rybny

Co mnie zaskoczyło w Seulu?

Korea to dość nacjonalistyczny i przywiązany do wytworów własnej gospodarki kraj. W Seulu stosunkowo mało widoczny jest zagraniczny kapitał – nie widać zachodnich marek samochodów, ciuchów, banków. Raczej stawiają na swoje produkty. Większość sklepów z odzieżą czy kosmetykami oferuje produkty koreańskie. Ceny lokalnych ciuchów są bardzo atrakcyjne, problem jest dla Europejczyków z rozmiarami. Większość jest one-size, do tego raczej nie można ich mierzyć i nie ma zwrotów. Na pewno nie można mierzyć bluzek i sukienek, w kwestii dołów panuje trochę więcej swobody. Po którejś z rzędu odmowie zapytałam z czego to wynika – ponoć to kwestia makijażu i brudzenia nim odzieży. W większych sieciówkach są przymierzalnie i nie ma z tym problemu, ale większość sklepów z ciekawymi ubraniami to jednak mniejsze przybytki, jak się okazuje – w ogóle bez przymierzalni.

Koreanki kochają lokalne kosmetyki, które mają dość zabawne opakowania. Sama skusiłam się na sztyft pod oczy w kształcie pandy, krem BB w puzderku z kotkiem oraz na maseczki z tkaniny do twarzy, które mają nadruki w kształcie zwierząt (np. No More Panda Face wygląda jak smutna panda). To już niekoniecznie moje klimaty, ale na ulicach nie brakuje też straganów i kiosków z różnymi gadżetami związanymi z K-POPem. Od skarpet z podobizną idola przez breloczki, naklejki po obudowy na telefon.

Generalnie, w Seulu nie brakowało też innych, trudno wytłumaczalnych osobliwości (patrz zdjęcie poniżej).

Seul

Koreańczycy uwielbiają też robić sobie zdjęcia. Chyba każdy zaopatrzony był w selfie-stick. W metrze wiele grup młodzieży bawiła się dodatkami do Snapchata, doklejając sobie dziwne rzeczy do twarzy. A poza tym w mieście nie brakowało także wielkich misiów, uśmiechniętych czołgów w muzeum wojny czy transformersów porozstawianych na przystankach autobusowych.

Podsumowując, Seul nie jest specjalnie urodziwym miastem. Ma sporo ciekawych zabytków (przede wszystkim świątyń), jednak w większości przeważają straszne, niezbyt wyrafinowane wieżowce. Mimo to, miasto przypadło mi ogromnie do gustu. Czułam się tam znakomicie – mam ochotę pomieszkać w nim z pół roku. Wszyscy są grzeczni i poukładani. Nie ma na przykład mowy o wpychaniu się w kolejki w sklepie. Myślę więc, że może to być dobre miejsce do życia (oczywiście jeśli ktoś lubi mieszkać w miastach-molochach, nie przeszkadza mu tłum i smog :).

One Comment

  1. kasia kasia

    Pierwsze wrazenia: bardzo podoba mi sie blog w warstwie wizualnej, dobrze sie tez czyta. Nie wiedzialam, ze sie wybralas tylko na weekend do Korei. Myslalam, ze na dluzej 🙂 Co do zakupow to rzeczywiscie slabe, ze nie mozna prawie nic zmierzyc. Chociaz z drugiej strony przymierzanie/kupowanie ciuchow upackanych podkladem.. Ja z moim wzrostem na pewno nic bym nie znalazla dla siebie hehe

    BTW nie wiem czy mialas okazje ogladac program Marcina Prokopa z wizyty w Korei. Generalnie byl bardzo ciekawy choc Prokop czasem przeginal ze swoim zachowaniem..

    Nie raczej nie ciagnie do dalekich podrozy, wiec bede czasem zagladac zeby zobaczyc co slychac w Swiecie :)))

Comments are closed.