Skip to content

Nowa Zelandia #6 Waitomo Caves

Od lat przeglądając różnego rodzaju rankingi miejsc, które koniecznie trzeba zobaczyć, pojawiało się zdjęcie magicznej jaskini ze święcącymi robaczkami na jej sklepieniu. Zawsze robiło to na mnie duże wrażenie i w końcu miałam okazję sprawdzić czy na żywo efekt jest równie niesamowity.

Schodzimy pod ziemię…

W okolicy sennego miasteczka Waitomo jaskiń jest około 300 i zapewnie nie wszystkie zostały jeszcze odkryte. A samo Waitomo Caves to tak naprawdę kompleks jaskiń pod przepiękny wzgórzem.

Jaskinie są wapienne, powstały tysiące lat temu w miejscu, w którym niegdyś był ocean (jedyne 30 milionów lat temu…), dlatego do tej pory można w nich znaleźć różne oceaniczne pozostałości, jak np. muszelki czy ości ryb. Przez niektóre formacje przepływa rzeka, co dodaje im uroku i ułatwia zwiedzanie – można wpłynąć w jednym miejscu i wypłynąć na drugim końcu wzgórza.

Trzy z jaskiń są udostępniane dla turystów, oczywiście za odpowiednią opłatą. Za wejście do wszystkich należałoby zapłacić 95 NZD, przy czym jaskiń nie można zwiedzać samodzielnie. Na miejscu, co godzinę lub pół, organizowane są grupowe wycieczki. Ja zdecydowałam się zobaczyć Waitomo Glowworm oraz Aranui. I uwierzcie mi, wizyta w jaskiniach była jedną z najlepszych przyrodniczych atrakcji jakie miałam okazję zobaczyć.

Waitomo Glowworm Cave – rozgwieżdzone niebo pod ziemią

Sama historia odkrycia jaskini nie jest zbyt spektakularna – jak to w życiu bywa, najlepsze rzeczy odkrywamy przypadkiem. Jeszcze w XIX wieku mieszkańcy Waitomo wybrali się na mały spływ łódką lokalnej rzeki, aby odkryć jej koniec. W pewnym momencie dopłynęli do jaskini, z ciekawości wpłynęli do środka ze świeczką w ręce i oczarowało ich jej wnętrze. Obecnie jaskinia jest prywatna, w dalszym ciągu należy do rodziny odkrywców i pracują w niej maoryscy potomkowie.

Zwiedzanie jaskini jest komfortowe, choć nie można tutaj robić zdjęć. Specjalnie dla turystów podłoga została wybetonowana, wyjątkowe formacje zostały podświetlone (ostatnio zmieniono oświetlenie na ledowe, bo ciepło lamp przyczyniło się do wchodzenia grzyba na skały), przewodnicy włączają je w odpowiednim momencie, aby przyciągnąć uwagę zwiedzających. Ta komercjalizacja odbiera trochę uroku, ale ogólnie nie umniejsza wrażeń.

W jaskini możemy zobaczyć okazałą galerię stalaktytów i stalagmitów oraz tzw. katedrę – dużą komorę(?), wielkości katedry właśnie, w której bardzo dobrze niesie się dźwięk. Akustyka jest tak dobra, że co roku odbywają się tam koncerty, niekiedy nawet znanych gwiazd. Mojej grupy również nie ominęła okazja wspólnego śpiewania – w repertuarze znalazł się wybitny utwór Twinkle Twinkle Little Star.

Jednak największa atrakcja czeka nas na końcu. Przewodnik pakuje grupę do łódki i wpływa rzeką w głąb ciemnej jaskini. Po chwili, gdy spojrzymy w górę, oczaruje nas rozświetlone sklepienie. Nie są to bynajmniej lampki choinkowe, a ogromna kolonia… robaczków. Fachowo nazywają się Arachnocampa luminosa. Gatunek ten występuje jedynie w Nowej Zelandii! Wygląda to przepięknie i robi wrażenie. Oczywiście robaki nie święcą tylko po to, aby zachwycić turystów. Tak naprawdę to pułapka. Glow worms są wielkości komara i wydzielają jedwabną sieć, coś w stylu pajęczyny, w którą łapią pożywienie. A żeby zwabić obiady na obiad… świecą.

 

waitomo-kompresja

Źródło: http://www.waitomo.com

Aranui Cave

Drugą jaskinią, do której się udałam, jest Aranui. Nazwa pochodzi od nazwiska jej odkrywcy, który również wpadł na nią dość przypadkiem. Podczas spaceru, pies odkrywcy ruszył w pościg za świnią w dół stromego zbocza, po czym nagle i pies i świnia zniknęli. Szczekanie doprowadziło Ruruku Aranui do małego otworu. Wczołgał się do środka i znalazł w dużej komorze. Po wyjściu i wyciągnięciu psa z dziury zgłosił swoje odkrycie do lokalnego zarządcy już wcześniej odkrytych jaskiń. Wyspecjalizowana ekipa przybyła z oświetleniem i zachwyciła się tym, co została na miejscu. A jest czym się zachwycać.

_mg_7069-kompresja

W środku możemy podziwiać sporą kolekcję białych, różowych i brązowych form jaskiniowych. Do wyboru mamy: organy, stalaktyty (nawet do sześciu metrów długości), stalagmity (bywają i trzymetrowe), stalagnaty, draperie, polewy naciekowe i inne dekoracje powstałe w związku z wypłukiwanym ze skał wapniem. Tutaj również możemy pośpiewać – katedra ma aż 20 metrów wysokości. Jaskinia w dalszym ciągu żyje. Przewodnik pokazywał nam nowe, od niedawna (w przypadku kształtowania jaskiń jest to pojęcie względne…) powstające stalagmity.

Samo dotarcie do jaskini jest ciekawe – udajemy się na 15 minutowy spacer przez las, w którym rosną rośliny typowe dla Nowej Zelandii. Dodaje to uroku i tajemniczości.

Aranui

Dla bardziej żądnych wrażeń Waitomo zapewnie znacznie więcej atrakcji. Rafting, kajaki, wspinaczka. Tzw. turystyka jaskiniowa jest tutaj na najwyższym poziomie. Na pewno każdy znajdzie coś dla siebie.

One Comment

  1. Wojtek Wojtek

    Piękne! Katedra wydaje się intrygująca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *